O krok za daleko - hit czy kit?

O krok za daleko – czy król zwrotów akcji znów to zrobił? Recenzja serialu

Harlan Coben i ekranizacje jego powieścia dla posiadaczy konta Netflix to małżeństwo z rozsądku, które od lat przynosi owoce. Czasami są one soczyste i świeże, innym razem smakują dziwnie znajomo. Jak jest w przypadku najnowszej, dwunastej już produkcji tego duetu? Miniserial „O krok za daleko” (ang. Run Away) wylądował na platformie, a my sprawdzamy, czy James Nesbitt i Minnie Driver uratują nas przed poczuciem déjá vu. Zapnijcie pasy, bo karuzela absurdalnych zwrotów akcji właśnie ruszyła.

Nie da się ukryć, że żyjemy w złotej erze „cobenizmu”. Jeśli masz konto na tej platformie VOD, prawdopodobnie algorytm chociaż raz podsunął Ci serial, w którym ktoś znika, ktoś inny wraca zza grobu, a wszyscy sąsiedzi mają mroczne sekrety ukryte w piwnicy. Formuła jest prosta, sprawdzona i – co najważniejsze dla włodarzy streamingowego giganta – wciąż działa na miliony widzów. Tym razem za sterami adaptacji ponownie stanął Danny Brocklehurst, człowiek odpowiedzialny za sukces „Już mnie nie oszukasz”. Czy duet twórców poszedł o jeden krok za daleko w autoplagiacie?

O czym jest „O krok za daleko”?

Fabuła serialu startuje w typowym dla tego autora stylu – od trzęsienia ziemi w życiu, które z pozoru wydaje się idealne. Poznajcie Simona Greene’a (w tej roli weteran brytyjskich kryminałów, James Nesbitt). Simon to facet, który ma wszystko: piękny dom, karierę i żonę Ingrid (Minnie Driver, znana choćby z „Emily w Paryżu”). Ma wszystko, poza spokojem ducha.

Jego życie pękło na pół, gdy rok wcześniej z domu uciekła jego ukochana córka, Paige (Ellie de Lange). Od tamtej pory Simon żyje w zawieszeniu, desperacko szukając jakiegokolwiek śladu dziewczyny.

Wszystko zmienia się podczas przypadkowego spaceru w parku. Simon zauważa Paige. Nie wygląda jednak jak jego mała córeczka – jest wyniszczona, przerażona i widać, że wpadła w nieciekawe towarzystwo. Krótkie, chaotyczne spotkanie, zamiast przynieść ulgę, staje się zapalnikiem bomby. Paige ponownie znika, a Simon, próbując ją ratować, wchodzi w świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

To klasyczny motyw: „przeszłość cię dopadnie”. Wkrótce okazuje się, że ucieczka Paige to tylko wierzchołek góry lodowej. W historię zamieszana jest cała plejada postaci, z których każda kłamie, kręci i ma własny interes do ugrania. Mamy tu morderczy duet w stylu Bonnie i Clyde – Asha (Jon Pointing) i Dee Dee (Maeve Courtier-Lilley), mamy tajemniczą prywatną detektyw Elenę (świetna Ruth Jones), i mamy oczywiście Simona, który zrobi wszystko dla rodziny.

Kserokopiarka włączona na pełne obroty

Oglądając „O krok za daleko”, trudno oprzeć się wrażeniu, że Harlan Coben i Danny Brocklehurst grają z widzami w otwarte karty. Karty, które widzieliśmy już w jedenastu poprzednich rozdaniach. Jeśli jesteś weteranem seriali takich jak „W głębi lasu”, „Zachowaj spokój” czy „Już mnie nie oszukasz”, poczujesz się tu jak w domu. A może nawet zbyt bardzo jak w domu.

Twórcy serwują nam te same, sprawdzone (lub ograne – zależy jak na to patrzeć) triki. Mamy tu montażowe zmyłki, cliffhangery na koniec każdego odcinka, które zmuszają do wciśnięcia przycisku „następny odcinek”, i całą masę fałszywych tropów. Zasada jest prosta: jeśli serial sugeruje Ci, że postać X jest mordercą w drugim odcinku, możesz być pewien, że jest niewinna. Jeśli postać Y wydaje się nieistotnym tłem – uważaj na nią w finale.

Czy to wada? Dla krytyków filmowych szukających głębi i nowatorstwa – z pewnością. Serial momentami ociera się o autoparodię. Niektóre zwroty akcji są tak niewiarygodne, że zamiast napięcia wywołują uśmiech politowania. Balansujemy tu na cienkiej granicy między thrillerem a operą mydlaną, gdzie flashbacki tłumaczą nam fabułę tak łopatologicznie, jakby twórcy bali się, że w międzyczasie wyszliśmy do kuchni zrobić herbatę.

Aktorzy ratują scenariusz

Skoro fabuła jest jak odgrzewany kotlet (choć w smacznej panierce), to co sprawia, że w ogóle chcemy to oglądać? Odpowiedź brzmi: obsada. Producent wie, jak dobierać twarze do swoich produkcji.

James Nesbitt dwoi się i troi, by nadać postaci Simona jakąkolwiek głębię psychologiczną. Choć scenariusz nie daje mu wielkiego pola do popisu (jego postać definiuje właściwie tylko jedna cecha: „zdesperowany ojciec”), charyzma aktora sprawia, że kibicujemy mu w tej szalonej gonitwie.

Jednak prawdziwą gwiazdą, która kradnie show, jest Ruth Jones w roli detektyw Eleny Ravenscroft. To postać, która wybija się ponad schemat. Jest charakterystyczna, ma swoją energię i wprowadza do serialu powiew świeżości. To właśnie dla duetu Nesbitt – Jones warto przebrnąć przez momentami nużące i powtarzalne schematy fabularne.

Werdykt: Hit czy kit?

„O krok za daleko” to typowy „guilty pleasure”. To serial, który doskonale wiesz, jak się skończy (nawet jeśli nie znasz szczegółów, znasz mechanizm), a mimo to oglądasz go do trzeciej nad ranem. To produkcja stworzona do binge-watchingu.

Jeśli szukasz ambitnego kina, psychologicznej głębi i realizmu – uciekaj, to nie jest serial dla Ciebie. Tutaj logika często bierze wolne, a przypadki rządzą światem przedstawionym.

Jeśli jednak potrzebujesz lekkiej rozrywki po ciężkim tygodniu, lubisz bawić się w detektywa (nawet wiedząc, że scenarzysta Cię oszukuje) i tęskniłeś za klimatem „Już mnie nie oszukasz” – śmiało włączaj. Harlan Coben to sprawny rzemieślnik. Może i jego produkty wychodzą z taśmy produkcyjnej jeden po drugim, wyglądając identycznie, ale trzeba przyznać – wciąż potrafią wciągnąć.

Ostatecznie „O krok za daleko” to fast food świata seriali. Nie jest to wykwintne danie, z pewnością nie jest zdrowe dla naszych szarych komórek, ale czasem po prostu mamy ochotę na burgera. I platforma nam tego burgera serwuje. Smacznego!